4 lata temu Białystok gościł pierwszych Białorusinów, którzy opuścili swój kraj po masowych protestach przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów 2020. Teraz do stolicy Podlasia przybywają już ci, którzy odbyli już karę polityczną po tych wydarzeniach. Wśród nich jest działaczka „Europejskiej Białorusi” i redaktorka kanału na telegramie „Maja kraina Biełaruś”, była więźniarka polityczna Iryna Szczasnaja, która odsiedziała 3 lata i 7 miesięcy w białoruskim więzieniu.
Iryna Szczasnaja opowiedziała naszemu radiu o swoich przeżyciach w więzieniu, życiu w Polsce i tęsknocie za Białorusią.

Iryna Szczasnaja: Nazywam się Iryna Szczasnaja, jestem redaktorką kanału na Telegramie „Maja kraina Biełaruś”, za co spędziłam 4 lata więzienia. Taki termin wyznaczył dla mnie Sąd Okręgowy w Mohylewie.
RR: Od czego to się wszystko zaczęło? Jak w ogóle znalazła się Pani się w tym politycznym wirze? Czy to wszystko wydarzyło się przez przypadek?
Iryna Szczasnaja: Jakoś tak się stało, nawet nie pamiętam w jakich okolicznościach. Teraz przypominam sobie ten czas i wydaje mi się, że tak było przez całe życie. A tak na marginesie, nigdy nawet nie pomyślałam, że w wieku 20 lat robię coś bardzo złego, że tak naprawdę jestem ekstremistką, co mi wmawiano. To, co publikowałam na telegramie, to były tylko zwykłe wiadomości, nic nielegalnego. Pamiętam czasy, gdy w metrze wisiała reklama „Maja kraina Biełaruś” i nikt nas nie ruszał. Nadszedł rok 2020, który odmienił życie dziesiątek tysięcy Białorusinów.
RR: Czy nieuczciwe wybory prezydenckie zmusiły Cię do aktywności politycznej? Gdyby Pani mogła zrobić to jeszcze raz w tym roku, zrobiłaby to Pani jeszcze raz?
Iryna Szczasnaja: Prawdopodobnie tak. Zaangażowałbym się w działalność, w którą byłam zaangażowana, bo, jeszcze raz podkreślam, nie jestem przestępczynią, nie jestem ekstremistką, to były tylko wiadomości. W innych krajach ludzie za taką pracę otrzymują pieniądze, chodzą do pracy, żyją normalnie. Na Białorusi, jeśli publikujesz wiadomości, jesteś przestępcą i najprawdopodobniej skończysz w więzieniu. W 20. roku sytuacja nabrzmiała, trzeba było wyjaśnić pewne powiązania i postawić kropki nad „i”. Dlaczego te wydarzenia mnie również ogarnęły? Z pewnością dotknęły one nie tylko mnie, ale wszystkich ludzi, którzy mają serce, których serce bolało z powodu tego, co się działo. Wszyscy widzieliśmy, jak ludzie byli bici na ulicach. Widziałam na własne oczy, co dzieje się w więzieniach. Trudno było być gdzieś na uboczu.
RR: Jest Pani kobietą, matką, żoną, Pani rodzina została sama, kiedy znalazła się Pani w więzieniu. Czy widzi Pan rolę Białorusinek w tym, co wydarzyło się na Białorusi w 2020 r.? Czy w tych protestach była kobieca twarz?
Iryna Szczasnaja: Nie widzę w protestach żadnej kobiecej twarzy. Dla mnie to wydarzenie ma uniwersalny charakter. Wszystko, co się wydarzyło, dotknęło zarówno kobiety, jak i mężczyzn. I wszyscy jednakowo starali się, aby sytuacja, choć w pewnym stopniu zmieniła się na lepsze.
RR: Proszę powiedzieć, jak wyglądało zatrzymanie, bo żeby Panią złapać, funkcjonariusze musieli przebrać się w mundur ŻES (Usługi mieszkaniowe i konserwacyjne ‒ przyp. red.) i wejść Pani klatki.
Iryna Szczasnaja: Siedziałam w domu i czekałam na mamę. Mąż pracował, dziecko chodziło wtedy na drugą zmianę, więc był w domu. Wszystko odbyło się to rano o jedenastej. Rzeczywiście przebrali się w mundury żołnierzy ŻES-u i czekali na przybycie mojej matki. Moja mama miała własne klucze do mieszkania, w którym mieszkaliśmy. Obserwowali moją mamę, a kiedy otworzyła drzwi, weszli do mieszkania, od razu mnie złapali i odciągnęli od komputera, żebym nie mogła nikogo ostrzec. Następnie przeprowadzili rewizję. Wydaje mi się, że jest to standardowa procedura. Następnie GUBAZiK (Główna Dyrekcja ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji ‒ przyp. red.). Następnie Komisja Śledcza. Potem Akrescina, a potem Waladarka (Akreścina, Waładarka ‒ białoruskie więzienia znajdujące się przy ulicach Akreścina i Waładarskiej ‒ przyp. red.), w moim przypadku po Waladarce był areszt śledczy w Mohylewie, bo tam byliśmy sądzeni. Z jakiegoś powodu postanowili rozpatrzyć naszą sprawę nie w Mińsku. W rezultacie trudny etap w Mohylewie. Tak się złożyło, że zostałam w Mohylewie na kolejne 5 miesięcy. Potem słynna żeńska kolonia karna nr 4 w Homlu.
RR: Czy można powiedzieć, że zrobiono to specjalnie – więźniów z Mińska wysyłano wyłącznie na wschód Białorusi, a ze wschodu na zachód, żeby było trudniej spotkać się z bliskimi i utrzymać jakiekolwiek kontakty?
Iryna Szczasnaja: Oczywiście, było to zamierzone. Słyszałam tłumaczenia, że w Mińsku spraw sądowych było multum, ale sądzę, że jest to celowe, bo prawie wszystkie osoby zamieszane w moją sprawę mieszkały w Mińsku, zarówno krewni, jak i prawnicy z Mińska. To było tylko zadanie, które jeszcze bardziej utrudniło życie.
RR: Jakiej rady udzieliłby Pani tym, którzy mogą trafić do więzień jako więźniowie polityczni? Mogą obowiązywać pewne ogólne zasady przetrwania w więzieniu.
Iryna Szczasnaja: Bardzo ważne jest, aby osoby przebywające za kratami miały wsparcie swoich bliskich. Sama wiem – jak ważne jest otrzymywanie listów od bliskich osób. Oczywiście przyjaciele czy znajomi nie mogą pisać, bo nie jest bliskim krewnym, a nie przekazują listów od innych osób, tylko od bliskich. Wsparcie moralne ze strony bliskich jest prawdopodobnie najważniejszym elementem przetrwania.
Pełna rozmowa: racyja.com/by
Rozmawiała Olga Siemaszka, Białoruskie Radio Racyja
