W Białostockiej Galerii Sztuki „Marchand” otwarto kolejną wystawę zbiorową. Tym razem można było obejrzeć prace białoruskich i ukraińskich artystów, obecnie mieszkający na Podlasiu. Jednym z tych, jest dzisiejszy Gość Racji, ukraiński artysta z Siewierodoniecka, Leonid Szmatko.

RR: Jest Pan artystą z Ukrainy, jak się Pan czuje tu, na Podlasiu? Czy jest zainteresowanie Pana malarstwem?
Leonid Szmatko: Tak, Galeria Marchand to dla nas miejsce spotkań z polskimi artystami, a także z naszymi przyjaciółmi, których niejednokrotnie spotykaliśmy na różnych imprezach plenerowych, a myślę tu o Danielu Gromadzkim i Grzegorzu Radziewiczu.
To miejsce, w którym możesz zostawić na boku codzienne problemy i przyjść tu, gdzie czujesz się komfortowo, gdzie możesz poczuć się jak artysta, bez względu na to, co dzieje się na Ukrainie. Szczególnie ważne jest dla mnie, aby każda moja praca pozostawiała ślad, że Siewierodonieck, skąd pochodzimy, jest Ukrainą. Moje nazwisko i imię brzmią od tej pory — Siewierodonieck. To Ukraina. Nadal odnotowuję historię Siewierodoniecka jako historię Ukrainy, mimo tego, że miasto jest obecnie okupowane, ale to stan tymczasowy, bez względu na to, jak długo potrwa.
Tutaj możemy zapoznać się z zupełnie innymi metodami pracy, z zupełnie innym podejściem do sztuki, bo np. w regionie, z którego pochodzę, dominuje szkoła Charkowskiej Akademii Projektowania i Sztuki.
RR: Studiował Pan w Charkowie?
Leonid Szmatko: Ukończyłem Charkowską Akademię Projektowania i Sztuki, ale jako projektant, chociaż wielu z nas, osób, które ukończyły ten kierunek, tworzą sztukę. Jednak nasza akademia nadal skupia się na projektowaniu przemysłowym, grafice przemysłowej itp.
Tutaj stykamy się z tym że sztuka jest bardziej nastawiona na uczucia, na wyrażanie emocji, powstają obrazy inspirowane przyrodą czy charakterem człowieka, ale bez tej akademickiej obróbki, której uczymy się w charkowskiej uczelni. W moich pracach chcę również łączyć ten poziom uczuć, pierwszego, szybkiego spojrzenia, które czasami zdarza się nam, gdy idziemy ulicą, kiedy coś nas uderza, ale my tylko zwyczajnie przechodzimy obok, nie mając możliwości głębszego wejrzenia w obiekt. Taki charakter ma tutejsza sztuka, a u nas jest analiza detalów itd. Chcemy to wszystko połączyć, aby zachować świeżą perspektywę — podobnie jak oni, ale z elementami przetwarzania, podobnie jak my.
RR: Czy udało się Panu zorganizowanie autorskiej wystawy tu, w Białymstoku?
Leonid Szmatko: Miałem dwie autorskie wystawy. Przyjechałem tu razem z żoną. Otrzymaliśmy informacje o rezydencji zorganizowanej na samym początku wojny dla artystów i ich rodzin z Ukrainy. Znaleźliśmy się w takim miejscu na Podlasiu, przy granicy z Białorusią — były to Hruszki koło Narewki.
Na zakończenie rezydencji odbyła się wystawa, którą nazwałem rehabilitacją, bo była to rehabilitacja przez sztukę. Zorganizowałem wystawę indywidualną, która była ukoronowaniem całego pobytu. Później zorganizowałem jeszcze jedną wystawę. Przywiozłem ze sobą zdjęcia, które zrobiłem w Siewierodonecku w ciągu 20 dni od wybuchu wojny. Chciałem pokazać, jak zniszczono moje miasto, jak zniszczono moją szkołę artystyczną, w której byłem dyrektorem, i jak zniszczono pobliskie przedszkole. Połączyłem tę wystawę ze zdjęciami, aby pokazać, co się wtedy działo. Prace malarskie były prezentowane w bibliotece w Hajnówce.
Leonida Szmatko pracował jako dyrektor szkoły artystycznej dla dzieci. Artysta od trzech lat mieszka na Podlasiu. Wystawę w Galerii Marchand, prezentującą prace ukraińskiego artysty, można oglądać do 13 marca.
Posłuchaj całej rozmowy w załączonym pliku: racyja.com/by
Białoruskie Radio Racyja
