Granica białorusko-litewska jest zamknięta. Aleksander Łukaszenka twierdzi, że to „szalona afera”, a na Litwie, uważa się, że to kolejny element wojny hybrydowej, kontrolowanej i prowokowanej w Mińsku i Moskwie.
Litwa oczekuje reakcji, a otrzymała asymetryczną odpowiedź, zauważa Aleksander Kłoskowski, politolog z agencji informacyjnej Pozirk.

– Jakieś symetryczne miary — niewiadomo co robić, choć prezydent Nauseda o tym wspominał, ale czy balony z kontrabandą będą wystrzeliwać również w przeciwnym kierunku? Dlatego zastanawiają się, jak znaleźć czuły punkt i uderzyć w interesy reżimu Łukaszenki. Bo Wilno głęboko wierzy, że nie działają tam jacyś prywatni przemytnicy, a przynajmniej, że to wszystko odbywa się za zgodą państwa.
Trudno obecnie stwierdzić, czy ten krok przyniesie jakikolwiek rezultat, podkreśla Aleksander Kłoskowski, ponieważ po zamknięciu granicy polsko-białoruskiej Unia Europejska niczego na tym nie zyskała.
Pytanie zatem, czy Litwini w ten sposób osiągną jakiś efekt, bo przez litewską granicę tranzyt jest mniejszy. I chciałbym tu wspomnieć o jeszcze jednym ważnym czynniku – Polacy liczyli na Chiny, które są zainteresowane tranzytem i uważali, że wywrą presję na Łukaszenkę. A w przypadku Litwy, o ile wiem, chińskiego tranzytu nie ma i generalnie stosunki między Wilnem a Pekinem są bardzo złe.
Decyzja o zamknięciu granicy została podjęta w niedzielę wieczorem po kolejnym incydencie z balonami przemytniczymi, które w niedzielę znalazły się w przestrzeni powietrznej Litwy i doprowadziły do wstrzymania pracy lotniska w Wilnie.
Cała rozmowa na białoruskojęzycznej stronie racyja.com.
Białoruskie Radio Racyja
