Norwegia niespodziewanie staje się jednym z najpopularniejszych kierunków pracy sezonowej dla Białorusinów. Kraj fiordów i pogody, która może zmieniać się trzy razy na godzinę, zaprasza naszych rodaków do zbierania jabłek – pracy wymagającej wytrwałości i silnych pleców.

Rozmawiamy z białoruskim pracownikiem sezonowym, który pracował przy zbiorach w Norwegii. Dlaczego zdecydował się pojechać tak daleko? Jakie są warunki pracy? I czym różnią się inwestycje w rolnictwo w Norwegii i na Białorusi? Aleksander odpowiada na te i inne pytania w wywiadzie z Julią Siwiec.
RR: Dlaczego zdecydowałeś się na pracę przy zbiorze jabłek?
Aleksander: Zmieniłem miejsce pracy i wyszło tak, że w okresie letnim nie miałem żadnej. Znajomi zaproponowali i pięcioosobową grupą pojechaliśmy. Jak się dowiedzieliśmy? Jeden z naszych znajomych jeździł juz wcześniej, dlatego wiedział jak to wszystko załatwić, i pojechaliśmy. Byliśmy bardzo zadowoleni.
RR: Jak wygląda proces rekrutacji?
Aleksander: Ten chłopak, który był tam wcześniej, znał cały mechanizm, a Białorusini Norwegii pomogli mu zdobyć dokumenty. Zezwolenie na pracę kosztuje 540 euro, po otrzymaniu pozwolenia przyjeżdżasz. Doszło do porozumienia z firmą i tam pracowaliśmy. Więc wszystko odbywało się legalnie.
RR: Z jakiegoś powodu przypominam sobie wykopki, kiedy na pierwszych latach studiów jeździliśmy zbierać ziemniaki albo buraki. Czy to podobny rodzaj pracy?
Aleksander: Tak, to coś podobnego, z tą różnicą, że w Norwegii za to płacili i to były bardzo dobre pieniądze, bo Norwegia jest jednym z liderów pod względem zarobków w Europie. A druga różnica jest taka, że podczas gdy studenci na Białorusi zazwyczaj piją, w Norwegii nikt przy jabłkach nie pije. Przynajmniej ja tego nie widziałem.
RR: Dlaczego?
Aleksander: Bo ludzie przyjeżdżali zarabiać, a nie wykonywać narzucone zadanie. Jak się dużo napijesz, to następnego dnia nie pójdziesz do pracy, po prostu nie zarobisz pieniędzy, po które przyjechałeś. I wiesz, płacić 540 euro za pozwolenie na pracę, a potem leżeć przez kilka dni, jest po prostu nieracjonalne.
RR: Jak wyglądał dzień pracy? Ile razy w tygodniu trzeba było pracować?
Aleksander: Płacono nam za godzinę, nie za ilość zebranych jabłek, ale za godzinę. Tak dobrano zespół, że wszyscy pracowali uczciwie. Z drugiej strony, pozwalało to pracować siedem, osiem godzin dziennie, można było i więcej, ale nie przekraczając dwustu paru godzin miesięcznie. Dzięki temu można było zarobić więcej. Nigdy nie udało mi się osiągnąć dwustu godzin, ale jestem bardzo zadowolony.
Cała rozmowa dostępna na białoruskojęzycznej wersji strony racyja.com.
Białoruskie Radio Racyja
