BY
PL
EN

Białoruskie Radio Racyja. 98,1 FM – Białystok, Grodno. 99,2 FM – Brześć

Radio online

Łarysa Szczyrakowa: Najtrudniejsze było rozstanie z synem

Była dziennikarka Biełsatu, Łarysa Szczyrakowa, została 11 września zwolniona z kolonii karnej w Białorusi. Następnie wraz z pozostałymi więźniami politycznymi została deportowana na Litwę. Łarysa została osądzona na podstawie dwóch artykułów karnych: 369-1 (dyskredytowanie Białorusi) oraz części 1 i 2 artykułu 361-4 Kodeksu karnego (ułatwianie działalności ekstremistycznej). 31 sierpnia 2023 roku białoruskie władze skazały ją na 3 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności w kolonii karnej o rygorze ogólnym.

Łarysa Szczyrakowa

Łarysa Szczyrakowa na tle wystawy Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy „Dziennikarze: bezgłośny reżim”.

Łarysa Szczyrakowa opowiedziała o swoim zatrzymaniu i o tym, jak spędziła czas za kratkami.

RR: Co było najtrudniejsze w czasie zatrzymania i w czasie pobytu w areszcie?

Łarysa Szczyrakowa: Był wtorek. A w piątek napisała do mnie dziewczyna, że ​​chce zamówić sesję zdjęciową. Umówiłyśmy się na wtorek. I oczywiście niczego nie podejrzewałam, bo klienci co jakiś czas przychodzili do mnie i chcieli zrobić zdjęcia. W sobotę mój syn wrócił ze sklepu i powiedział, że poinformowano go tam, że policjanci przez cały dzień „prześwietlali” mój dom. Oczywiście, to już był ten „czarna znak” i przestraszyłam się. Ale decyzja zapadła, żeby zostać i faktycznie pójść za kraty, więc nie zwróciłam na to uwagi. Choć to była moja ostatnia szansa na ucieczkę, żeby nie pójść siedzieć.

I we wtorek otworzyłam bramę, wchodzą kobieta i mężczyzna. Zdarza się, że przychodzą razem. Pytam: czy chcecie być razem sfotografowani? Odpowiedzieli coś wymijająco. Idziemy do łaźni, gdzie miałam studio. Tam miałam wszystko przygotowane, w tym ubrania. Mówię: proszę się przebierać. A wtedy wyciągają legitymacje i mówią, że: jesteśmy z GUBAZIK-a [Główny Zarząd ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji] i teraz będzie rewizja.

I oczywiście najtrudniejsze było rozstanie z synem. Bo kilka godzin później syn przybiega ze szkoły, krzycząc: mamo, jestem w domu, gdzie jesteś? Do tej pory nie płakałam, a kiedy go zobaczyłam, rozpłakałam się jak bóbr. On też płakał. Siedzieliśmy razem przez trzy godziny, płacząc. I zabrali nas razem. Zabrali mu też telefon. Może to była moja wina, bo mężczyzna powiedział: „Odblokuj nam telefon, to nie zabierzemy dziecka”. Zaproponował mi taką transakcję. Pomyślałam, że to oszustwo i nie odblokowałam telefonu. Dlatego mu go zabrali. Zostałam oskarżona, dziecko zostało w SPC [Centrum Socjalno-Pedagogicznym], a mnie przeniesiono do ICzU [ośrodka tymczasowego aresztowania].

RR: Oddali syna do domu dziecka?

Łarysa Szczyrakowa: Powiem, że działali zgodnie z prawem. Nie mieli prawa go komuś oddać. Jeśli dziecko nie ma ojca, a jego matka trafia do więzienia, nawet na dzień, nawet na dwa, jeśli nie ma opiekunów, musi przez ten czas przebywać w SPC [Centrum Socjalno-Pedagogicznym]. Takie jest prawo.

RR: Czy w więzieniu doszło do jakiegoś zastraszania? Bo więźniowie polityczni wychodzą i opowiadają różne historie. Czego Pani doświadczyła?

Łarysa Szczyrakowa: Na szczęście nie byłam w ogóle zastraszana. Nawet w ICzU [ośrodek tymczasowego aresztowania] nikt mnie nie zmuszał do spania na „palmie”. Przez trzy lata musieliśmy spać tylko na górze łóżek piętrowych. A więźniowie polityczni muszą spać tylko na górnych łóżkach. W więzieniu nazywają to „palmą”. Spałam tylko na „palmie”. A w IczU nie dają materacy. Zmuszają ludzi do spania na żelaznych pryczach. Przerażała mnie myśl, jak będę na tym spała. Poza tym w ośrodku budzą co dwie godziny i trzeba coś odpowiadać. A mnie nie zmuszali. Pozwolili mi poleżeć na „scenie”. Wzięłam i założyłam na siebie kilka rzeczy. Okryłam się wełnianym swetrem. W ścianie był wbudowany grzejnik. Było mi ciepło. I nie ciągali mnie nigdzie co dwie godziny. Pracownik przyszedł dwa razy. Ale w zasadzie mogłem spać.

Prowadzali mnie też w pozycji „ziu” – zgiętej do ziemi. Nie wyrządzili mi jednak krzywdy fizycznej. Dziewczyny z Brześcia opowiadały mi, że wykręcali im ręce, wisiały na nich. Po prostu strach i przerażenie. Ja tego nie doświadczyłam. Traktowali mnie jak „terrorystkę”, ale nie sprawiło mi to żadnego fizycznego cierpienia. A kiedyś wrzucono mnie do celi z dziewczyną z zapaleniem wątroby i HIV. Wydaje mi się, że raz lub dwa przerzucano mnie do innej celi. Jak opowiadały mi dziewczyny, były ciągle przerzucane do różnych cel, będąc jeszcze w ICzU, a mnie to nie spotkało. Kiedy byłyśmy w areszcie śledczym, postawa ich była prawidłowa. Mogłam coś tam usłyszeć od „klawiszy”. Ale to tacy chłopcy ze wsi, nie obraziłam się na nich. Chyba nie wiedzą, jak się zwracać do ludzi.

Ale na poziomie naczelników zawsze zwracali się na „wy”, zawsze było prawidłowo. Oczywiście nie bardzo słuchali twoich próśb. Codziennie odbywa się obchód więzienia, gdzie pytają: czy jest jakieś pytanie? Oczywiście, że były. Ale reagowali tylko na jakieś drobiazgi, np. aby ściszyć radio. I tak samo było w obozie. Nie spreparowano na mnie żadnego meldunku o naruszeniach porządku. Tyle że za drobiazg mogli sporządzić meldunek i wymierzyć tak surową karę, jak pozbawienie prawa do widzenia.

Cała rozmowa na białoruskiej wersji strony racyja.com.

Białoruskie Radio Racyja