Dziennikarka Larysa Szczyrakowa spędziła kilka lat w kolonii karnej za współpracę z Biełsatem. Została przymusowo deportowana z Białorusi, a teraz próbuje przystosować się do nowej rzeczywistości na wygnaniu.

Jak trudna jest ta droga po więzieniu i zesłaniu? Co pomaga wytrwać i iść dalej i z nadzieją patrzeć na przyszłość. Larysa Szczyrakowa odpowiada na te i inne pytania w wywiadzie z Julią Siwiec.
RR: Czy udało się Pani już trochę przyzwyczaić się do nowej sytuacji?
Larysa Szczyrakowa: Jestem obecnie w Wilnie. Właśnie otrzymałam wizę humanitarną, która pozwala mi podróżować. Zaprosili mnie moi koledzy i kilka organizacji. Uważam, że ważne jest, aby wykorzystać tę okazję do odwiedzenia innych krajów, do rozmowy z kolegami, aby kwestia prześladowań politycznych i obecności tak dużej liczby więźniów politycznych na Białorusi była nagłośniona, aby nie zniknęła z mediów, aby znalazła się w centrum uwagi opinii publicznej.
RR: Czy udało się Pani w ogóle przemyśleć to, co się wydarzyło? I jakie są Pani przemyślenia: co to było?
Larysa Szczyrakowa: Kiedy byłam w kolonii, nieustannie myślałam, planowałam i wyobrażałam sobie jakiś obraz przyszłości, zawsze związany tylko z Białorusią. Miałam plany, począwszy od remontów w mieszkaniu, przez projektowanie ogrodu, po jakieś designerskie rzeczy w moim sadeczku. Myślałam, że jeśli nie można angażować się w działalność społeczno-polityczną, dziennikarstwo, to z pewnością można zajmować się kulturą. Tak było zawsze w historii Białorusi, kiedy zwyciężyła kontrrewolucja, była to nisza, w której dawni działacze społeczno-polityczni mogli się realizować. Przynajmniej tak było po klęsce pierwszej rewolucji rosyjskiej w 1905 roku.
I wybrałam dla siebie tę opcję, że zrealizuję jakieś projekty etniczno-biznesowe. Chciałam kupić kilka starych domów za symboliczną kwotę. Stworzyć coś w rodzaju skansenu, na wzór Stroczyc czy Dudutki. A jest tam wiele do zrobienia, począwszy od wycieczek, warsztatów, etno-fotosesji, a także jazdy konnej i imprez firmowych, — kiedy wszyscy uczestnicy będą ubrani w haftowane koszule, kiedy będą pić nie banalną wódkę, a jakiś krupnik. Kiedy będą śpiewać nasze piosenki. Myślałam o tym bez przerwy. I doskonale to sobie wyobrażałam. I miałam taki obraz przyszłości.
Po raz pierwszy zwątpiłam, czy uda mi się to wszystko zrealizować, kiedy usłyszałam jakieś przemówienie Łukaszenki w lipcu, gdzie powiedział, że jest gotowy uwolnić więźniów politycznych, ale oni tu nie są potrzebni, niech odejdą. To było dla mnie jak nóż w serce. Pobiegłam do fabryki prawie ze łzami w oczach. Powiedziałam koleżankom, z którymi rozmawiamy w przerwach na papierosa: „dziewczyny, dla mnie te słowa to wyrok„. Najpierw podejrzewałam, że nie będę mogła zostać na Białorusi, a kiedy 10 września wyprowadzono nas z jednostek i umieszczono na kwarantannie, w tym momencie zrozumiałam na pewno, że to będzie deportacja. Zaczęłam płakać, oficerowie mówili: „Czemu płaczesz, chcesz zostać w kolonii?”. „Nie, ale chcę zostać w domu, w ojczyźnie” — odpowiedziałam. I ten wzruszający moment, kiedy brama się otworzyła, wyjechaliśmy, a ja wiedziałam, że mój dom jest 30 minut drogi stąd. Jednak zrozumiałam, że jedziemy drogą na Mińsk, a ja byłam przerażona.
RR: A jakie teraz emocje Tobie towarzyszą? Zaakceptowałaś fakt, że musisz tu zostać na długo, że wszystko musisz zaczynać się od nowa?
Larysa Szczyrakowa: Jak powiedziała Natalia Dulina, od razu do mnie podeszła i usiedliśmy razem, powiedziała: „moja ojczyzna jest tam, gdzie ja, a teraz moja ścieżka została zmieniona„. Dość szybko adaptuję się do zmian sytuacji. Nie zniechęcam się. Po pierwsze, mam tu wsparcie, zarówno moralne, jak i materialne. Z drugiej strony, moje otoczenie, ludzie, z którymi utrzymuję kontakt, z którymi zaprzyjaźniłam się w Homlu, w Mińsku, większość z nich też się przeprowadziła – albo na Litwę, albo do Polski. Cały czas mam możliwość komunikowania się z nimi. Widzę tu możliwości samorealizacji. Zawsze marzyłam o nakręceniu filmu dokumentalnego. Tu mogę się realizować.
Cała rozmowa dostępna na racyja.com/by
Białoruskie Radio Racyja
